Jak zostać Twardzielem Świętokrzyskim w 17 godzin

Byłam gotowa na wiele – ból całego ciała, odciski, przemoczone buty, niewyspanie, krew, łzy – ale było znacznie gorzej. Jeszcze pięć kilometrów przed metą łzy leciały mi ciurkiem, przeklinałam organizatorów i samą siebie za ten szaleńczy pomysł – byłam człowiekiem na skraju wytrzymania psychicznego i fizycznego. Lecz teraz z perspektywy osoby wyspanej i najedzonej, mogę powiedzieć, że była to niesamowita przygoda.

Trasa wiodła głównym czerwonym szlakiem im. Edmunda Massalskiego – 102 kilometry. Mimo, że maksymalne wzniesienie wynosiło nieco ponad 600 metrów, to jeśliby zsumować wszystkie podejścia rozmieszczone na tej trasie, okazałoby się, że w rzeczywistości osiągnęliśmy wysokości tatrzańskie.

Wyruszyliśmy o godzinie 20 z Gołoszyc. Czekało na nas jedno z najbardziej odludnych miejsc w Górach Świętokrzyskich – Pasmo Jeleniowskie. Kilkanaście minut od startu jesteśmy zmuszeni zapalić czołówki, które zgasiliśmy dopiero po dziewięciu godzinach i pięćdziesięciu pięciu przebytych kilometrach. Przeszliśmy w trucht: grupa sześciu mężczyzn w sile wieku i na końcu ja. Trzymaliśmy się razem aż do wyjścia z lasu. Na Świętym Krzyżu byłam o 23:15. Magia tego miejsca widzianego o tej porze zadziałała mobilizująco. Ponownie marsz zamieniliśmy na trucht, utrzymując to tempo aż do Kakonina (34 km). Tam czeka na nas ciepła zupa i herbata z dużą ilością cukru. Kilkanaście minut odpoczynku i ruszamy dalej. Do połowy trasy i tak zwanego „przepaku” pozostaje szesnaście kilometrów. Wspinamy się więc na Łysicę praktycznie rzecz biorąc dwukrotnie, gdyż najpierw lasem,  a potem po utraceniu wysokości jeszcze raz asfaltem. Na Wymyślonej i Radostowej było tak mokro i błotniście, że większość uczestników wychodzi z lasu z przemoczonymi butami. Szczęśliwie docieramy do połowy trasy. Zmieniam buty, ubrania. Nie myślę o tym, że jestem dopiero w połowie. Jest godzina 4:30. Z chęcią poszłabym po prostu spać w ciepłej i miękkiej pościeli, ale zaciskam zęby i idę dalej.

Najtrudniejszy moment? Przechodzić obok swojego domu. Kiedy dotarliśmy na Domaniówkę i byłam w odległości trzech kilometrów od swojego łóżka, co więcej – nawet je widziałam oczami wyobraźni, miałam ochotę rzucić to wszystko i wrócić po prostu do domu. Jeszcze raz zacisnęłam zęby i dotruchtałam do Tumlina (75 km). Była godzina 8:30 i byłam naprawdę wycieńczona. Nawet nie usiadłam na chwile w szkole, gdzie czekały na uczestników herbata i kanapki. Wiedziałam, że jeżeli pozwolę swoim nogom na odpoczynek, nie poprowadzą mnie już dalej. Kolejne osiem kilometrów i kolejne dwa naprawdę ostre podejścia dały mi w kość. Od tego momentu rozpoczęła się równia pochyła. Powoli (naprawdę powoli), krok za krokiem, podpierając się kijkami i próbując zachować optymizm oraz dostrzec jakieś plusy w całej tej sytuacji poruszałam się do przodu. Miałam wrażenie, że moje stopy to jeden wielki odcisk, mięśnie ud piekły i bolały niemiłosiernie z każdym krokiem. Gdy szacowałam, że pozostało nam już tylko około sześciu kilometrów, doszliśmy do punktu kontrolnego i okazało się, że do mety jeszcze dwanaście (dwanaście pełnych kilometrów!). Gdy to usłyszałam, przełknęłam ślinę, podałam swój numer beznamiętnym głosem i ruszyłam. Sił psychicznych wystarczyło mi do dziewięćdziesiątego siódmego kilometra. Po zejściu z góry Perzowej, rozryczałam się na amen. Pięć kilometrów do mety, a ja już naprawdę nie mogłam. Przejście tego śmiesznego odcinka zajęło mi ponad godzinę. Patrzyłam się na swoje stopy i chyba siłą woli i tajemniczego pierwiastka ukrytego w moich oczach sprawiałam, że przesuwały się do przodu. 

Dotarłam na metę! Naprawdę to zrobiłam! Była 13:25 – godzina ulgi i spokoju. Usłyszałam dźwięk dzwonka witającego wszystkich szalonych ludzi, którzy własnie przebyli STO kilometrów. Będąc w jakby w malignie, odebrałam gratulacje. Przeszłam jeszcze trzysta metrów, aby zjeść zupę, wsiadłam do samochodu i powróciłam do swojego człowieczeństwa dopiero następnego dnia rano.

Tak sobie myślałam leżąc w łóżku, że nigdy więcej, że jestem głupia, po co sprawiać sobie tyle niepotrzebnego bólu? Dla frajdy – niestety, skończyła się w Tumlinie, dla walki z własnymi słabościami – przecież to absurdalne. Więc dlaczego? Nie wiem, może po prostu jestem szalona. Chyba tak. I bardzo męska. Fuj, aż chyba zaraz wskoczę w sukienkę i umaluje usta szminką.

Reklamy

3 komentarze do “Jak zostać Twardzielem Świętokrzyskim w 17 godzin

  1. Paulina!!! Jesteś mistrzem!! Gdybym miała teraz czapkę na głowie, zdjęłabym ją na Twoją cześć!!

  2. Kiedyś zacząłem biegać na 5 km. Stwierdziłem dlaczego nie 10km? Po kilku miesiądach dotarłem do 21 a miesiąc później zaliczyłem maraton. W tym roku kolej na coś ciekawszego. Nie nie chodzi o ultramaraton a o Twardziela Świętokrzyskiego bo jestem z Kielc 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s